-
Gratulujemy wyboru!!
- NIEDŹWIADEK
- GOPR
- SYLWESTER NA NARTACH
- GRZYBOBRANIE
- LANG
- KARPACZ
- zacznij raz jeszcze
Polecamy:
- DREZYNY, JAK BIAŁY KIEŁ, KULIG, SYLWESTER NA NARTACH, GOPR
- LANG, BURZA
- JAK BIAŁY KIEŁ, GOPR
- BURZA, JAK BIAŁY KIEŁ, DREZYNY, GRZYBOBRANIE, LANG
- SYLWESTER NA NARTACH, GOPR, ZIMOWA KĄPIEL, NIEDŹWIADEK, KARPACZ
- KULIG, BURZA, JAK BIAŁY KIEŁ, DREZYNY, GRZYBOBRANIE
- DREZYNY, GRZYBOBRANIE, LANG, KARPACZ, NIEDŹWIADEK
- GOPR, ZIMOWA KĄPIEL, NIEDŹWIADEK, KARPACZ, LANG
- LANG, GRZYBOBRANIE, DREZYNY, SYLWESTER NA NARTACH, GOPR
Górskie opowieści
historie z gór
Gratulujemy wyboru:
ZIMOWA KĄPIEL
piąta historia
To, co przytrafiło mi się podczas ostatniego pobytu w Szklarskiej Porębie, może być tylko napomnieniem dla wszystkich nierozsądnych, że góry są niebezpieczne i należy się im szacunek. Moja dziewczyna wcale nie miała ochoty iść tego dnia na wycieczkę, ale ja byłem nieustępliwy i zdołałem ją przekonać. Szliśmy brzegiem rzeki Kamiennej, aż do wejścia na mosty wiodące do Wodospadu Szklarki, by potem wejść szlakiem niebieskim aż do Śnieżnych Kotłów. Za daleko nie uszliśmy jednak, bo miałem nieprzyjemną przygodę. Po krótkim pobycie przy Wodospadzie Szklarki wespięliśmy się po schodkach na górę wodospadu, a potem przy strumyku dalej. Zachciało mi się zmoczyć dłonie w wodzie, więc podszedłem do strumyka i tak niefortunnie stanąłem na oblodzonym kamieniu, że jak długi runąłem do lodowatej wody. Nim zeszliśmy z powrotem do schroniska Kochanówka minęło dobrych 20 minut, a ja o mało życia nie straciłem. Tak wyziębiłem ciało, że z trudem doszedłem do siebie. Bez anginy się nie obyło, ale choć bezkarnie herbaty z prądem popiłem.
DREZYNY
czwarta historia
Do Karpacza jakoś nigdy mnie nie ciągnęło, ale moja żona kocha góry i stara się co roku jechać gdzie indziej, więc ostatnim razem trafiliśmy właśnie pod Śnieżkę. Przyznam, że miasteczko urokliwe, hotel w którym byliśmy porządny, a też i atrakcji jest tam co nie miara. Przeszliśmy i park linowy, i miasteczko westernowe, i muzeum lalek, ale najbardziej podobał się nam kościółek Wang. Coś zupełnie unikalnego, nie tylko w skali Polski, ale i całego świata. To trzeba koniecznie zobaczyć. To, co mnie akurat się w Karpaczu podobało najbardziej to przejażdżki drezyną. Byłem tam aż trzy razy. Dzieciom podobało się również. Nigdy bym nie przypuszczał, że taka frajda czeka mnie właśnie tutaj. Szkoda tylko, że szlak nie jest dłuższy, ale i tak było warto. Nawet najlepiej wyposażona siłownia nie da takiego efektu, jak godzinka jazdy drezyną. Pomysł, który powinny wprowadzać w życie i inne gminy, które nie wiedzą, jak zagospodarować nieczynne już tory kolejowe.
JAK BIAŁY KIEŁ
trzecia historia
Takiej przygody, jaką można przeżyć w Szklarskiej Porębie, to chyba nigdzie w Polsce. Zawsze, gdy widziałem w telewizji wyścigi psich zaprzęgów, to marzyłem, by kiedyś móc w czymś takim wziąć udział. Lubię śnieg, mrozu się nie boję, a zima jest dla mnie żywiołem, więc myślę nieraz, że nie urodziłem się pod właściwą szerokością geograficzną. Zazdrościłem kiedyś Wiśniewskiemu oglądając relację z jego pobytu w Laponii, bo robił tam takie rzeczy, o których ja zawsze marzyłem. Kiedy jednak, podczas pobytu w Karkonoszach, usłyszałem że na polanie jakuszyckiej, blisko cZeskiej granicy, odbywają się wyścigi psich zaprzęgów, to musiałem od razu zgłosić swój akces. Opłaciło się, bo zabawa rzeczywiście przednia, a wrażenia pozostaną na całe życie. Nie osiągnąłem oczywiście żadnego dobrego czasu i nie powoziłem sam, a jeszcze z innym facecetem, ale liczy się tylko przygoda. Sam Jack London byłby ze mnie dumny, a ja poczułem się trochę jak traper w Stanach, w końcu XIX wieku.
BURZA
drugia historia
Ostatnio byliśmy w górach. Pogoda nie była zbyt ciekawa, bo w zasadzie cały czas popadywało, ale my tak bardzo kochamy szlaki i nasze wędrówki, że i to nam nie przeszkadzało. Jednego dnia, wyposażeni jak zawsze w peleryny przeciwdeszczowe, ubranie na zmianę i specjalne wkładki w buty, wyruszyliśmy w góry. Założenia mieliśmy ambitne, bo ze Śnieżki chcieliśmy przejść szczytami aż na Szrenicę i w końcu się to nam udało, ale kosztowało nas to sporo. Z rana to nawet słoneczko słabiutko prześwitywało przez chmury i było nawet ciepło, ale potem zaczął się koszmar. Na Śnieżkę i potem dalej do Samotni było ładnie, ale gdy weszliśmy już na szczyty na czerwony szlak, to zrobiło się zimno i zaczął padać deszcz. Z początku to tak jak zwykle, a potem coraz intensywniej, aż w końcu zaczęła się ulewa. Istne oberwanie chmury, a tu nie ma się nawet gdzie schować. Najgorsze było jednak przed nami. W okolicy Wielkiego Szyszaka zaczęła się burza z silnym wiatrem i opadami gradu. z trudem doszliśmy do schroniska na Szrenicy. W góry już potem nie poszliśmy.
KULIG
pierwsza historia
Ferie w Szklarskiej Porębie udały się nam wspaniale. Śniegu było z początku tyle, co kot napłakał, ale jakoś napadało w końcu i mogliśmy rozkoszować się zimą. Większość czasu spędzaliśmy na stoku, bo narty to nasza pasja, ale popołudnia staraliśmy się z reguły organizować jakoś inaczej. Najbardziej pamiętać będę to popołudnie, kiedy wykupiliśmy sobie kulig. To był taki dwugodzinny objazd po Szklarskiej Porębie, który kończył się pieczeniem barana. Sanki były ciągnięte przez duże sanie, coś około 20 sztuk. Wszyscy wesoło pokrzykiwali i wzajemnie rzucali się śnieżkami. Traf chciał, że ja na moje saneczki wsiadłem bardzo mocno podpity i do tego na samym końcu ogonka. Kiedy, przy jednym z zakrętów z sanek spadłem, to po pierwsze nikt tego nie zauważył, a po drugie zanim się z zaspy zdołałem wygramolić, to i tak mnie nikt nie usłyszał. Czekała mnie dość długa przechadzka po leśnym trakcie. Dopiero po godzinie doszedłem na miejsce, w którym był grill - zafundowałem sobie miłe popołudnie. Nie ma co!
