Górskie opowieści

Polecamy:

Górskie opowieści
historie z gór

Oto trzy wybrane historie:

JAK BIAŁY KIEŁ
trzecia historia

Takiej przygody, jaką można przeżyć w Szklarskiej Porębie, to chyba nigdzie w Polsce. Zawsze, gdy widziałem w telewizji wyścigi psich zaprzęgów, to marzyłem, by kiedyś móc w czymś takim wziąć udział. Lubię śnieg, mrozu się nie boję, a zima jest dla mnie żywiołem, więc myślę nieraz, że nie urodziłem się pod właściwą szerokością geograficzną. Zazdrościłem kiedyś Wiśniewskiemu oglądając relację z jego pobytu w Laponii, bo robił tam takie rzeczy, o których ja zawsze marzyłem. Kiedy jednak, podczas pobytu w Karkonoszach, usłyszałem że na polanie jakuszyckiej, blisko cZeskiej granicy, odbywają się wyścigi psich zaprzęgów, to musiałem od razu zgłosić swój akces. Opłaciło się, bo zabawa rzeczywiście przednia, a wrażenia pozostaną na całe życie. Nie osiągnąłem oczywiście żadnego dobrego czasu i nie powoziłem sam, a jeszcze z innym facecetem, ale liczy się tylko przygoda. Sam Jack London byłby ze mnie dumny, a ja poczułem się trochę jak traper w Stanach, w końcu XIX wieku.

LANG
drugia historia

Takich wczasów, jak ostaniego razu w Karpaczu to można nam tylko pozazdrościć. Z trudem udało się nam zarezerwować miejsca w naszym hotelu, bo prawie wszystko mieli zabukowane dla jakiejś konferencji, ale udało się. Dobrze, bo byśmy pewnie trafili gdzie indziej, może do Szklarskiej, a wtedy ominęłyby mnie te wszystkie atrakcje. Oczywiście zaliczyliśmy parę szlaków, a że schyłek lata był dość ciepły i słoneczny, to też opaliliśmy się ładnie. W hotelu mieliśmy ciągle coś fajnego, bo dla sympozjum organizowali zawsze jakąś interesującą imprezę, a to koncert, a to kabaret, a to pokaz slajdów z karkonoskich szlaków, ale najbardziej ekscytował mnie organizowany w mieście finał Tour Pologne. pojechałem samochodem do Jeleniej Góry na start, a potem do Karpacza na metę. Świetne przeżycie. Niech żyje Lang i jego impreza.

KULIG
pierwsza historia

Ferie w Szklarskiej Porębie udały się nam wspaniale. Śniegu było z początku tyle, co kot napłakał, ale jakoś napadało w końcu i mogliśmy rozkoszować się zimą. Większość czasu spędzaliśmy na stoku, bo narty to nasza pasja, ale popołudnia staraliśmy się z reguły organizować jakoś inaczej. Najbardziej pamiętać będę to popołudnie, kiedy wykupiliśmy sobie kulig. To był taki dwugodzinny objazd po Szklarskiej Porębie, który kończył się pieczeniem barana. Sanki były ciągnięte przez duże sanie, coś około 20 sztuk. Wszyscy wesoło pokrzykiwali i wzajemnie rzucali się śnieżkami. Traf chciał, że ja na moje saneczki wsiadłem bardzo mocno podpity i do tego na samym końcu ogonka. Kiedy, przy jednym z zakrętów z sanek spadłem, to po pierwsze nikt tego nie zauważył, a po drugie zanim się z zaspy zdołałem wygramolić, to i tak mnie nikt nie usłyszał. Czekała mnie dość długa przechadzka po leśnym trakcie. Dopiero po godzinie doszedłem na miejsce, w którym był grill - zafundowałem sobie miłe popołudnie. Nie ma co!